Leżący na północnych krańcach Europy norweski Nordkapp z zadziwiającą siłą przyciąga od lat rowerzystów. Przyciągnął i nas. Może dzięki temu, że wiele osób z Polski już tam dotarło na rowerach? A może dlatego, że to względnie blisko? Na mnie jednak podziałała przepiękna trasa prowadzącej na ogół po dobrych, przyjaznych rowerzystom szosach.

Rowerem po Norwegii

Mimo upalnego lata na Nordkapp dojechaliśmy w przyjemnych chłodzie północy, jadąc po świetnych asfaltowych drogach. Trasa nie była jednak wcale monotonna. Przecinając kolejne góry i fiordy Norwegii jeździliśmy po prawdziwie alpejskich serpentynach i przełęczach. Okazało się, że wybór roweru i jego wyposażenia był kluczowy i dlatego podzielę się tu kilkoma uwagami odnośnie używanego sprzętu.

Po szosach Norwegii wspaniale jeździło się rowerem trekkingowym. Zwykły szosowy byłby niezbyt odpowiedni. W końcu oprócz kolarza rowery dźwigały około 40 kilogramów „dobytku”. Trekking, mający inną budowę ramy pozwalał też na zachowanie nieco bardziej zrelaksowanej sylwetki. A kiedy się spędza na siodełku do ośmiu godzin dziennie ma to niebagatelne znaczenie. Zresztą średnia prędkość na szosówce i na trekkingu jest na wyprawach podobna. A rower szosowy, który jest delikatniejszy, staje się bardziej podatny na uszkodzenia.

Podróż zaczęliśmy w Toruniu jednak po naszych drogach nie zrobiliśmy więcej niż kilkadziesiąt kilometrów. Pociągiem dotarliśmy do Szczecina skąd do Świnoujścia i dalej na prom. Dzięki temu uniknęliśmy niezbyt przyjemnej podróży po naszych dziurach. To był jak się okazało dobry pomysł. Nigdzie potem, nawet daleko za kołem polarnym, takiego asfaltu nie ma. Nie ma też takiego ruchu i nieuprzejmości kierowców wobec grupy rowerzystów.

Wyposażenie na podróż

Nie braliśmy dodatkowych opon a jedynie dętki, które wszędzie dziurawią się jednakowo. Ale rezygnując z opon mogliśmy kupić mniejsze sakwy, co jak się okazało było bardzo wygodne. Nasze rowery mogły być dzięki temu lżejsze. Pozwalały one łatwiej i szybciej się pakować po noclegach. W środkach transportu zajmowaliśmy też mniej miejsca – szczególnie na promie miało to znaczenie. Mogliśmy też zabrać więcej innego wyposażenia. Ja zdecydowałem się na bagażnik nad przednie koło, taki, jaki mają rowery holenderskie . To pozwoliło na równomierne rozłożenie bagaży na sakwy przednie i tylne. Z kolei koledzy wzięli więcej jedzenia tym samym oszczędzając na zakupach żywności, która w Norwegii jest jednak droższa niż w Polsce.